Online Read Free Novel
  • Home
  • Romance & Love
  • Fantasy
  • Science Fiction
  • Mystery & Detective
  • Thrillers & Crime
  • Actions & Adventure
  • History & Fiction
  • Horror
  • Western
  • Humor

    Someone new

    Page 23
    Prev Next


      Chciałabyś? Tak! Tak! Tak! Ale…

      – Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – powiedziałam ostrożnie, choć dosłownie czułam

      już papier pod palcami. Ale jednocześnie przypomniała mi się torebka z chipsami, która

      uśmiechała się do mnie kusząco. Wezmę teraz jeden gryz i nie będę mogła przestać.

      Uśmiech Juliana zbladł.

      – Dlaczego nie?

      – Bo muszę się skupić na swoich studiach – powiedziałam niezbyt stanowczo. Byłoby

      pięknie mieć zajęcia nie z prawa, paragrafów i polityki, tylko z optyki i głębi, i prowadzenia

      pędzla.

      – To tylko jedna godzina. A ty…

      – Zgoda! – nie wytrzymałam. Nie umiałam odmówić, nawet gdyby od tego miało zależeć

      moje życie. To był jakiś wewnętrzny przymus. Instynkt. Nie mogłam go powstrzymać. Tylko

      jedna godzina. Ten jeden raz. Jedna torebka z chipsami więcej. Mam w sobie dosyć siły, by ją

      potem odłożyć. – Idę z tobą.

      – Spodoba ci się – zapewnił Julian, tak jakbym w to wątpiła.

      – Daj mi pięć minut, zaraz będę gotowa. – Odwróciłam się i już miałam lecieć do

      łazienki, kiedy nagle się zatrzymałam. Spojrzałam z uśmiechem na Juliana i podbiegłam do

      niego. Błyskawicznie zarzuciłam mu ręce na szyję i przytuliłam go. Był to pośpieszny uścisk,

      który skończył się tak szybko, jak się zaczął, bo nie chciałam przegapić ani jednej sekundy zajęć.

      – Dziękuję!

      Biegnąc, usłyszałam za plecami śmiech Juliana.

      Kiedy weszliśmy do pracowni, powitał nas zapach farb i terpentyny. Było tu tak, jak sobie

      wyobrażałam. Sztalugi ze stołkami zostały ustawione w swobodnym kręgu wokół pustego

      jeszcze podestu. Ściany zajmowały regały wypełnione przyborami do rysowania i liczne obrazy,

      tak że ledwo można było zobaczyć kawałek tynku.

      Dotąd przyszło zaledwie kilkoro studentów, więc mogliśmy z Julianem wybrać sobie

      miejsca. Zdecydowaliśmy się usiąść blisko podestu. Za plecami mieliśmy okna, więc słońce nie

      będzie nas oślepiało.

      Z podekscytowaniem rozglądałam się po pomieszczeniu i podziwiałam prace wiszące na

      ścianach, oderwało mnie od tego dopiero brzęczenie telefonu. Wyciągnęłam go z torebki.

      Aliza przysłała mi wiadomość, odpowiadając na informację, że dzisiaj nie przyjdę na

      pierwsze zajęcia.

      Aliza: Rysowanie aktu?

      Ja: Yep.

      Aliza: Okej…

      Ja: Zazdrosna?

      Aliza: Trochę, brzmi fajniej niż prawo państwowe.

      Aliza: Widziałaś już penisa?

      Ja: Otaczają mnie ze wszystkich stron.

      Ja: Setki!

      Ja: Tysiące penisów!

      Aliza: Informacja dla redaktora: tu w tekście rysunek bakłażana.

      Aliza: Jest profesor!

      Aliza: Udanej zabawy z penisami!

      Uśmiechnęłam się i schowałam telefon. Mój wzrok mimowolnie powędrował znowu do

      rysunków. Przede wszystkim były to szkice ołówkiem lub węglem różnych części ciała. Nigdzie

      nie było widać piersi czy penisów, tylko od czasu do czasu goły tyłek, ale znajdowały się tu

      również obrazy abstrakcyjne i martwe natury.

      – Który z tych obrazów najbardziej ci się podoba? – zapytał Julian. Siedział na stołku

      obok mnie i ostrzył ołówki, jakby już nie mógł się doczekać, kiedy zaczniemy.

      Ściągnęłam usta, zastanawiając się nad pytaniem.

      – Nie wiem, wszystkie są dobre. Chociaż ta postać wychudzonego mężczyzny obok drzwi

      naprawdę robi wrażenie. Ktoś świetnie posługuje się cieniami i kontrastem. – Wskazałam na

      rysunek. – Twoje prace też tu wiszą?

      – Nie, nie jestem taki dobry.

      – Nie mów tak. Widziałam twój rysunek, jest fantastyczny.

      Julian uniknął mojego wzroku i wręczył mi kilka swoich ołówków, bo oczywiście

      w pośpiechu i rozradowaniu przed zajęciami nie pomyślałam o tym, żeby zabrać własne.

      – Dzięki, ale są tutaj bardziej utalentowani ludzie. Na przykład ty.

      – Nie będę zaprzeczać.

      Julian się uśmiechnął.

      – Nie cierpisz chyba na brak pewności siebie?

      Wzruszyłam ramionami.

      – Po prostu nie lubię fałszywej skromności. Wiem, że jestem dobra. Mówiło mi to już

      wielu ludzi. Ciężko pracowałam i dużo się uczyłam, żeby moje rysunki wyglądały tak jak teraz.

      Więc nie będę pomniejszała swoich osiągnięć. Inni robią to za mnie – dodałam zgorzkniałym

      tonem, bo kłótnia z mamą nadal głęboko we mnie siedziała.

      – Twoi rodzice? – zapytał Julian.

      Kiwnęłam głową, ale nie chciałam teraz o tym rozmawiać. Wskazałam za to na pusty

      podest.

      – Wiesz, kogo dzisiaj będziemy rysować?

      – Jeszcze nie. Malcolm był w zeszłym tygodniu ostatni raz. To znaczy, że dzisiaj

      przyjdzie nowy model albo masz pecha i będzie tylko teoria – powiedział, ale rozbawione iskry

      w jego oczach zdradziły mi, że żartuje. Na pewno przyjdzie nowy model.

      Wkrótce do sali wszedł profesor Hopkins. Od razu wiedziałam, że to on, nie dlatego że

      wyglądał na docenta, ale dlatego, że wszedł w towarzystwie starszej kobiety w czerwonym

      szlafroku.

      Przywitał studentki i studentów i przedstawił modelkę Marie. Miała brązowe włosy

      z wyraźnymi przetarciami. Jej twarz pokrywały małe zmarszczki, jakby za ich pomocą liczyło się

      jej wiek, tak jak na podstawie liczby słojów szacuje się wiek drzewa. Na jej skórze znajdowały

      się dziesiątki pieprzyków, ale to nie jedyne wyzwanie, jakie Hopkins postawił dziś przed swoimi

      studentami i studentkami. Marie nie była piękna. Nie tylko w sensie, w jakim rozumie je nasze

      społeczeństwo, ale emanował z niej taki urok, że właściwie nie można było od niej oderwać

      wzroku. Ona była księżycem, a my byliśmy morzem. Nie znaliśmy jej, a mimo to nie mogliśmy

      na nią nie zareagować – jak odpływ i przypływ. Jej uśmiech był zaraźliwy, a jej obecność

      natychmiast zmieniła atmosferę w pomieszczeniu. Uchwycić ten urok, to było prawdziwe

      wyzwanie.

      – Życzę wam dobrej zabawy – powiedział w końcu Hopkins po krótkim przedstawieniu

      Marie. – Jeśli macie jakieś pytania albo potrzebujecie feedbacku, jestem w każdej chwili do

      waszej dyspozycji. A teraz podarujcie Marie waszą uwagę i talent.

      Przez rzędy studentów przebiegł pełen aprobaty szmer. Sięgnęli po ołówki, a Marie

      zupełnie nieskrępowana weszła nago na podest.

      Natychmiast poczułam mrowienie w końcówkach palców. Najchętniej od razu bym

      zaczęła, ale nie byłam jeszcze gotowa. Dookoła mnie skrzypiały ołówki i kartki papieru, a ja

      obserwowałam Marie i próbowałam ją zobaczyć. Naprawdę zobaczyć. Kim była kobieta, która

      stała przede mną? Skąd pochodziła? Co przeżyła? Co sprawiło, że stała się tą osobą, którą jest

      teraz? Czy zmarszczki świadczą o życiu pełnym słońca, czy pełnym trosk? Musiałam

      odpowiedzieć sobie sama na te pytania, żeby stworzyć historię, która nie będzie może

      odpowiadała prawdzie, ale pomoże mi odzwierciedlić nie tylko jej ciało, ale i duszę.

      Upłynął dobry kwadrans, zanim sięgnęłam po ołówek i odważyłam się narysować

      pierwszą linię. Nie była gruba i pewna, tylko cienka i nieśmiała. Tu nie chodziło o fikcyjny

      charakter, tylko o prawdziweg
    o człowieka, który zasługiwał na to, by dać z siebie wszystko. I tak

      właśnie zrobiłam.

      Całkowicie poświęciłam się Marie i rysowaniu. Nic nie mogło mnie od tego oderwać albo

      rozproszyć. Nawet profesor Hopkins, który przeszedł obok. Ani dwie studentki za mną

      rozmawiające o weekendzie. Ani spóźniony student, który w panice wpadł do sali. Byłam

      całkowicie skupiona, ale w końcu coś jednak wyrwało mnie z transu.

      Byłam oszołomiona i piekły mnie oczy, kiedy podniosłam wzrok znad papieru.

      Spojrzałam na Juliana.

      Przestał rysować i trzymał telefon w ręce. Aparat wibrował, ale nie odbierał. Jak

      skamieniały wpatrywał się w ekran. Jego twarz przypominała kolorem popiół.

      – Julian?

      Nie zareagował.

      Zerknęłam na profesora Hopkinsa, ale nie zwracał na razie na nas uwagi, nachyliłam się

      w stronę Juliana, żeby zobaczyć, co się wyświetliło w jego komórce. To był niezapisany

      w kontaktach numer, ale po spanikowanej twarzy Juliana wiedziałam, że on go jednak zna.

      Ostrożnie położyłam dłoń na jego przedramieniu, by go uspokoić, ale to dotknięcie

      odniosło przeciwny skutek. Drgnął ze strachu i podrzucił głowę, jakby właśnie przeżywał

      moment tuż przed atakiem, kiedy człowiek myśli, że stacza się w otchłań bez dna.

      – Wszystko w porządku? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista.

      Julian zamrugał i spojrzał na mnie. W jego oczach był strach. Otworzył usta i już

      właściwie słyszałam odpowiedź zawieszoną gdzieś w powietrzu, ale telefon ucichł. Nagła cisza

      sprawiła, że jeszcze raz drgnął i znowu spojrzał na telefon. Wyświetlacz rozbłysnął jeszcze raz,

      by powiadomić o nieodebranym połączeniu, a potem zrobił się czarny. Jakby nic się nie stało.

      – Kto to był? – zapytałam, zniżając głos do szeptu.

      Julian z trudem przełknął ślinę.

      – Moja…

      Nie skończył, bo komórka znowu zaczęła wibrować. Ten sam numer, ale tym razem

      Julian nie siedział jak skamieniały. Zeskoczył z krzesła tak gwałtownie, że prawie je przewrócił

      i wybiegł z sali.

      Profesor spojrzał na niego ze zdumieniem, potem skierował wzrok na jego pracę i w

      końcu na mnie.

      Uśmiechnęłam się przepraszająco, nie wahałam się jednak ani chwili i wybiegłam za

      Julianem. Z bijącym sercem otworzyłam drzwi i szybko rozejrzałam się na prawo i lewo gotowa,

      jeśli będzie trzeba, przetrząsnąć cały budynek.

      Ale Julian stał parę kroków dalej na korytarzu, z komórką przyciśniętą do ucha.

      Najwyraźniej odebrał. Stał odwrócony plecami i nie mogłam zobaczyć jego twarzy, lecz sądząc

      po zesztywniałych ramionach nie podobało mu się to, co mówi osoba po drugiej stronie

      słuchawki.

      Powoli podeszłam do niego.

      – Wyzdrowieje?

      Cholera. Żołądek mi się ścisnął. Takie pytania nigdy nie oznaczają nic dobrego.

      Zatrzymałam się za nim i choć głos w słuchawce słychać było dosyć dobrze, nie zrozumiałam

      odpowiedzi.

      – Jeszcze dzisiaj? – zapytał Julian.

      Znowu padły jakieś słowa, których nie słyszałam. Julian jeszcze mocniej zacisnął palce

      na obudowie komórki i widziałam, jak bieleją mu kostki.

      Serce mimowolnie zaczęło mi bić szybciej. Nie miałam pojęcia, co zrobić, bo mogłam się

      tylko domyślać, co się stało, ale byłam zdecydowana, że zostanę tutaj dla Juliana. Żeby mu to

      pokazać, stanęłam przed nim.

      Spojrzał na mnie przez chwilę, a potem znowu wbił wzrok w podłogę. Nagle jego ciałem

      wstrząsnął dreszcz i twarz gwałtownie mu stężała. Zacisnął zęby. Mimo wszystko nie wydawał

      się zaskoczony odpowiedzią, która wywołała w nim tę reakcję.

      – Rozumiem – mruknął. Jego głos brzmiał teraz chłodno, słychać było w nim wręcz

      dystans. – Oczywiście. Informuj mnie na bieżąco. – Po tych słowach rozłączył się bez

      pożegnania.

      Z wściekłością wepchnął komórkę z powrotem do kieszeni spodni i zamknął oczy. Widać

      było, że stara się opanować. Zaczerpnął powietrza i wypuścił je głośno. Byłam tak blisko niego,

      że słyszałam, jak z jego ust wychodzi syczący dźwięk. To jednak w ogóle nie pomogło mi lepiej

      zrozumieć, co tu się właśnie stało.

      Odchrząknęłam.

      – Kto to był?

      Julian spojrzał na mnie. Miał smutne oczy, ale w jego wzroku błyszczał gniew. Nie

      wiedziałam, czy mam go objąć, czy zejść mu z drogi.

      – Moja mama.

      – Czego chciała? – zapytałam ostrożnie.

      – Tata miał zawał.

      Powiedział to obojętnie, ale sposób, w jaki na koniec zacisnął usta, zdradził mi, co

      naprawdę czuje. Nie byłam tylko pewna, przed kim próbuje ukryć uczucia. Przede mną? Przed

      światem? Czy może przed samym sobą?

      Podeszłam do niego jeszcze bliżej. Nasze ciała prawie się dotykały i czułam jego ciepło,

      choć miało teraz lodowatą aurę. Przypomniałam sobie, że to zimno nie dotyczy mnie, ale i tak

      czułam się dziwnie bezradna. Normalnie objęłabym Juliana, pocieszyła go i zapewniła, że tacie

      wkrótce się polepszy. Ale ta sytuacja była inna.

      – Mam cię zawieźć do szpitala? – zapytałam i lekko położyłam mu dłoń na plecach. Gest,

      który miał go pocieszyć. Julian jednak zesztywniał pod wpływem tego dotyku i odszedł na bok.

      Moje palce zsunęły się z niego i musiałam przezwyciężyć w sobie chęć złapania go za

      koszulę. Potrząsnął głową.

      – Nie trzeba. Mama uważa, że nie powinienem tam przychodzić. Poza tym rodzice

      mieszkają w Idaho.

      Spojrzałam na niego niepewnie. Gdybym się dowiedziała, że mój tata miał zawał, nie

      mogłabym go nie odwiedzić.

      – Jesteś pewny? Zawał to poważna sprawa.

      A jeśli twój tata tego nie przeżyje?

      – Wiem, ale między mną a rodzicami nie ma bliskiej relacji – powiedział. W tym

      momencie znów miał na sobie kostium superbohatera, maskę, która nie pozwoliła mi rozpoznać,

      kim naprawdę był. Co naprawdę czuł.

      – Rozumiem, ale twój tata…

      – Przypuszczalnie dostanie kolejny zawał, kiedy mnie zobaczy – przerwał mi szorstko

      Julian. – Przestań więc mnie wnerwiać. Oni nie chcą mnie widzieć. Tak samo zresztą jak ja ich.

      Koniec historii.

      Nie dając mi szansy na powiedzenie czegokolwiek, odwrócił się i wrócił do sali.

      Przytrzymałam drzwi, żeby się nie zamknęły, ale nie ruszyłam się z miejsca, tylko

      patrzyłam, jak siada przy sztalugach i sięga po ołówek. Jakby nic się nie stało. Jakby przed

      chwilą nie usłyszał czegoś, co większością ludzi wstrząsa do głębi.

      To nie było normalne zachowanie. Zaczęłam się zastanawiać, czy istnieje jakiś związek

      między kiepskimi relacjami Juliana i rodziców a śmiercią Sophii. Taki cios od losu potrafi

      zniszczyć każdą rodzinę.

      Rozdział 17

      Przez resztę dnia nie mogłam się na niczym skoncentrować. Ciągle wracałam myślami do

      Juliana i jego ojca. Zastanawiałam się, czy się dobrze czują i czy Julian podjął właściwą decyzję,

      słuchając matki. To, że zabroniła mu przyjeżdżać do szpitala, w pewnej mierze przypominało mi

      historię z Adrianem. To nie było to samo, ale widziałam pewne po
    wiązania, które nie chciały mi

      wyjść z głowy. Dwaj młodzi mężczyźni odrzuceni przez rodziny. A jeśli Julian straci ostatnią

      szansę na rozmowę z ojcem? Gdyby chodziło o mojego tatę, nigdy bym z tego nie zrezygnowała.

      I byłam prawie pewna, że Adrian też by się zjawił po otrzymaniu takiej wiadomości. Byłaby

      przecież zbyt makabryczna, zbyt straszna, by używać jej jako fałszywego pretekstu do

      wymuszenia na nim jakiejś reakcji.

      – Masz już plany na sobotę? – zapytała Lilly, zbyt energicznie jak na kogoś, kto ćwiczył

      przez godzinę. Dowiedziała się, że w weekend przyjeżdża Tanner i od tamtej pory zachowywała

      się tak, jakby w jej żyłach zamiast krwi płynęło espresso.

      – Na razie nie, ale skoro pytasz, to być może się to zmieni – odpowiedziałam i odsunęłam

      na bok ciemny kosmyk włosów, który przykleił mi się do twarzy.

      Siedziałyśmy w saunie klubu fitness. Tak jakbyśmy się nie dosyć spociły podczas

      treningu. Lilly upierała się, żeby tu przyjść. Podobno sauna poprawia krążenie i pomaga pozbyć

     


    Prev Next
Online Read Free Novel Copyright 2016 - 2026