Online Read Free Novel
  • Home
  • Romance & Love
  • Fantasy
  • Science Fiction
  • Mystery & Detective
  • Thrillers & Crime
  • Actions & Adventure
  • History & Fiction
  • Horror
  • Western
  • Humor

    Someone new

    Page 20
    Prev Next


      niepełnoletni, potrzebowałby podpisu rodziców, ale w takim wypadku może przychodzić

      i wychodzić stąd, kiedy chce. – Oddała mi telefon. – Możesz zostawić mi swój numer. Odezwę

      się, jeśli znowu się u nas pojawi.

      – Byłoby wspaniale – odparłam, próbując ukryć rozczarowanie. Samancie wydawało się,

      że widziała Adriana, lepsze to niż nic. Jeśli naprawdę już kiedyś tu był, może wróci, a wtedy

      nasze spotkanie będzie tylko kwestią czasu.

      – Nie płacz, kochana – powiedziała Samantha, wzięła ze swojego biurka opakowanie

      chusteczek higienicznych i podała mi je. Wyjęłam jedną i wytarłam łzy. – Znajdziesz brata. Na

      pewno. Długo już to pracuję i znam takie przypadki. Nie jest łatwo poradzić sobie z taką reakcją

      rodziców. On po prostu potrzebuje trochę dystansu. A skoro nie ma żadnych podstaw

      przypuszczać, że coś mu się stało, nie powinnaś się martwić. Kiedyś wróci, zaręczam ci.

      – Dziękuję. – Siąknęłam nosem. Rzeczywiście po słowach Samanthy poczułam się trochę

      lepiej. Wiedziała, o czym mówi, dlaczego niby miałaby mnie okłamywać? Muszę po prostu

      zaufać Adrianowi i więzi, jaka nas łączy. On tylko potrzebuje trochę czasu dla siebie, to

      wszystko.

      – Nie ma za co – powiedziała Samantha. – Jeśli kiedyś poczujesz się samotnie, możesz do

      nas przyjechać. Mamy parę ciekawych zajęć popołudniowych i może ktoś przypomni sobie

      twojego brata. Spróbuję się jeszcze trochę rozejrzeć, ale to nie zawsze się udaje.

      – Dziękuję – powtórzyłam i kiedy odzyskałam równowagę, podałam swój numer

      i pożegnałam się z Samanthą.

      Rozczarowana, ale już bez takiego ciężaru na sercu, pojechałam na uczelnię. Miałam

      nadzieję, że Samantha odezwie się w najbliższych dniach.

      Przez wiele lat dom rodziców był dla mnie najpiękniejszym miejscem na ziemi. Byłam

      tam szczęśliwa. Bezpieczna. Miałam poczucie, że jestem wśród dobrych ludzi. Ale dzisiaj widok

      tej willi wywoływał u mnie przede wszystkim dyskomfort i budził wspomnienia, które

      przynajmniej teraz były dla mnie zbyt bolesne, żeby je rozpamiętywać. Mimo wszystko nie

      uciekłam, tylko wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi. Czekała mnie cotygodniowa

      kolacja i przez cały dzień przygotowywałam się psychicznie do tego wydarzenia.

      Kiedy czekałam, by ktoś otworzył, spojrzałam jeszcze raz na siebie i sprawdziłam, czy

      wszystko w porządku z moją sukienką, która dzięki Julianowi była nie tylko wyprana, ale też

      wyprasowana. Na materiale nie została nawet najmniejsza zmarszczka. Mama będzie

      zachwycona.

      Drzwi otworzyła Rita.

      – Spóźniłaś się – powiedziała na powitanie i niecierpliwym gestem zaprosiła mnie do

      domu.

      Ze zdumieniem spojrzałam na zegarek na lewym nadgarstku. Był prezentem od taty na

      moje szesnaste urodziny, „niewielkim dodatkiem” do auta, które wtedy dostałam.

      – Tylko pięć minut – stwierdziłam. – Nie mogłam szybciej, był straszny korek. – To było

      kłamstwo, wyjechałam w ostatniej chwili.

      – Rodzice już na ciebie czekają. Whitleyowie również.

      Whitleyowie? Zatkało mnie. To starzy przyjaciele rodziców. Nie widziałam ich od lat.

      Pan Whitley pracował dla znanej na całym świecie firmy modowej i kilka lat temu został

      przeniesiony do Wielkiej Brytanii. Obiło mi się o uszy, że wrócił razem z rodziną, ale nie

      wiedziałam, że po tylu latach mają jeszcze kontakt z moimi rodzicami. Zwykle przyjaźnie w tych

      kręgach są jedną wielką niewiadomą. Jak chorągiewka: kiedy wiatr się zmieniał, ona też się

      odwracała. Inne zachowania kosztowałyby tych ludzi zbyt wiele zachodu.

      – Dlaczego nikt mi nie powiedział, że będą dzisiaj goście? – zapytałam zdenerwowana.

      Nie miałam ochoty odgrywać roli idealnej córki uwielbiającej swoje prawnicze studia. Z drugiej

      jednak strony obecność Whitleyów mogła sprawić, że tata nie będzie już rozmawiał ze mną

      o datkach, co by mi bardzo pasowało.

      Rita zamknęła za mną drzwi.

      – To chyba miała być niespodzianka.

      W jej głosie pobrzmiewał jakiś dziwny ton i od razu wiedziałam, że coś przede mną

      ukrywa, ale zanim zdążyłam ją o to zapytać, do korytarza weszła mama.

      Zamiast wygodnego domowego stroju, miała na sobie elegancki kostium. Na jej szyi

      wisiał sznur pereł.

      – Jesteś w końcu!

      – Spóźniłam się tylko pięć minut.

      – Czekamy na ciebie od kwadransa.

      – Nie moja wina, że przyszliście za wcześnie.

      – To należy do dobrego tonu – skarciła mnie mama.

      Wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła do salonu, w którym zwykle czekał na nas tylko

      tata. Tym razem nie był sam. Naprzeciwko niego siedzieli na sofie państwo Whitleyowie. Nadal

      wyglądali tak, jak ich zapamiętałam. Pan Whitley był mały i okrągły, a w ostatnich latach

      zaokrąglił się jeszcze bardziej. Miał tak starannie wypolerowaną łysą skórę głowy, że odbijało się

      w niej światło lamp. Pani Whitley była natomiast dokładnym przeciwieństwem męża. Wyższa od

      niego i o połowę lżejsza. Tak jak mama, miała na sobie elegancki kostium podkreślający figurę.

      Państwo Whitleyowie nie byli jednak jedynymi gośćmi. Między nimi siedziała na sofie

      jeszcze jedna osoba: młody mężczyzna w moim wieku. Wydawał mi się znajomy, więc zaczęłam

      grzebać w pamięci, szukając jego imienia.

      Jesper.

      Przed przeprowadzką do Europy był wątłym chłopakiem z jasnymi, zawsze potarganymi

      włosami i wąskimi ramionami, tak że w drzwiach zmieściłoby się trzech takich jak on. Dziś nic

      już nie zostało z tamtego chłopca. Włosy mu ściemniały i były teraz porządnie zaczesane do tyłu.

      Miał szersze ramiona i mimo ciemnego garnituru widziałam, że nie unika siłowni.

      – Dobry wieczór – powiedziałam wszystkim i podeszłam do taty, żeby pocałować go

      w policzek.

      – Cześć, skarbie. Pamiętasz Whitleyów?

      To było pytanie retoryczne, bo już sekundę później, nie czekając na moją odpowiedź,

      dodał: – Wrócili niedawno do Mayfield z Londynu. To jest ich syn Jesper. Kiedyś często się

      razem bawiliście.

      – Oczywiście – odparłam. – Razem z Adrianem próbowaliśmy łapać myszy w szopie.

      Chowały się pośród drewna na opał. – Nie mogłam sobie odmówić wzmianki o Adrianie.

      Powinnam się starać nie wszczynać kłótni i zachowywać jak trzeba, ale pozostałabym bierna

      i zaprzeczyłabym tym samym, że mój brat istnieje. On przecież wciąż był częścią tej rodziny.

      Zwróciłam się do Jespera: – Co u ciebie? Ciągle jesteś fanem Power Rangersów?

      – Nie, już z tego wyrosłem. – Miał niespodziewanie wysoki głos, który

      w przeciwieństwie do wyglądu prawie się nie zmienił. – A ty? Nadal interesujesz się komiksami?

      – Oczywi…

      – Usiądź – przerwała mi mama i wskazała fotel obok taty. – Czego się napijesz? –

      Wydawała się rozdrażniona. Zwykle to Rita podawała napoje, ale mama pewnie bała się, że

      wdam się w dyskusję o komiksach. Najwidoczniej tego wieczoru istniały tematy tabu. – Tego

      samego co zwykle: whisky z lodem.

      – Zaraz po... – urwała mama i szeroko otworzyła oczy.

      Tata również spojrzał na mnie z
    takim przerażeniem na twarzy, jakbym właśnie zapytała

      nie o alkohol, tylko o najlepszą metodę zamordowania człowieka, choć tego akurat nauczyły

      mnie programy telewizyjne.

      – Spokojnie – powiedziałam, pomagając rodzicom ocknąć się z osłupienia. – Żartowałam.

      – Rzeczywiście śmieszne – mruknęła mama, krzywiąc się.

      – Poproszę colę. I dużo lodu

      Whitleyowie wymienili spojrzenia i uśmiechali się zakłopotaniem, tylko Jesper wydawał

      się naprawdę rozbawiony. Może mogłabym go polubić, choć spisał Power Rangersów na straty.

      Kilka sekund później mama podała mi szklankę z colą.

      Podziękowałam grzecznie i wypiłam łyk. Była lodowato zimna, tak jak lubię.

      – Michaello, jaki ci minął dzień? – zapytał tata.

      Jak ja nienawidziłam tego imienia. Czasami myślałam, że moi rodzice używają go

      z nadzieją, że w ten sposób będą mieli córkę, której by sobie życzyli. Michaella. Michaella.

      Michaella. Nope, zawsze tylko Micah.

      – W porządku – odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami. Odrobiłam kilka prac

      domowych na zajęcia, ale większość czasu spędziłam w twierdzy na rysowaniu.

      Przygotowywałam nowe szkice do Albtraumlady i wypisywałam możliwe wątki.

      – Od paru tygodni studiuje na MFC – dodała z emfazą mama. – Została też przyjęta do

      Yale, Harvardu i do Brown, ale jest bardzo rodzinna i chciała zostać w Mayfield.

      – Co studiujesz? – zapytał pan Whitley.

      – Prawo.

      – Kiedyś przejmie kancelarię – dorzuciła mama i rozpoczęła monolog o moim życiu.

      Opowiadała o moim mieszkaniu i o tym, jaka jestem samodzielna, kreatywna i radosna. I tak

      poprzekręcała fakty, że zrobiła ze mnie miłośniczkę sztuki, która spędza wolny czas, analizując

      obrazy w muzeach. Wprawdzie lubię wszystkie rodzaje malarstwa i kiedy otwiera się nowa

      wystawa, to idę do galerii, ale jestem miłośniczką komiksów i powieści graficznych.

      Słowotok mamy przerwało dopiero pojawienie się Rity.

      – Jedzenie jest gotowe.

      – Wspaniale. Bardzo dziękujemy – powiedział tata i podniósł się z fotela.

      Poszliśmy do jadalni i chciałam usiąść na swoim miejscu, ale mama złapała mnie za

      ramię i znaczącym spojrzeniem wskazała mi miejsce obok Jespera. Dopiero wtedy

      zorientowałam się, w jaką grę dzisiaj gramy: swatanie Micah.

      Beze mnie. Kiedy w końcu udało mi się wywalczyć trochę wolności, nie będę mogła

      z niej korzystać, umawiając się z kimś takim jak Jesper Whitley. Na pewno był miłym

      człowiekiem, ale nie takim partnerem, jakiego pragnęłam.

      Rita podała przystawkę i rozmowa najpierw kręciła się wokół interesów. Pan Whitley

      opowiadał anegdoty z podróży, a rodzice w odpowiednich momentach serwowali historyjki

      z kancelarii. Stale próbowali wciągać mnie do rozmowy pytaniami typu: „Pamiętasz,

      Michaello?”, „Dasz wiarę, Michaello?”, czy „To było wkrótce po twoich narodzinach,

      Michaello”. Tak, wszyscy skumaliśmy. Byłam tam i należało brać mnie pod uwagę.

      – Dosyć już o interesach – powiedziała w końcu mama, gdy Rita przyniosła danie

      główne: stek z ziemniakami z rozmarynem i fasolę. Dla mnie przygotowała grillowany ser

      z ziołami.

      – Jesper, a jak ci się podoba w Stanford?

      – Bardzo. Atmosfera jest wspaniała, a profesorowie niesamowicie się starają.

      Ojciec podniósł głowę znad steku.

      – Masz ulubionego docenta?

      – To byłaby chyba profesor Smith-Harris. Wykłada rozwój gospodarczy i mikrofinanse.

      Żyje swoją pracą. Jej entuzjazm jest naprawdę zaraźliwy, ale ja najbardziej lubię język, literaturę

      i kulturę Bliskiego Wschodu. – Jesper zaśmiał się, jakby przyznanie się do tego było czymś

      nieprzyjemnym. – Wprawdzie nie ma to nic wspólnego z moim głównym kierunkiem, ale obce

      kultury zawsze mnie fascynowały.

      Moja mama uśmiechnęła się do niego.

      – Można mieć rozmaite zainteresowania, o ile człowiek wie, gdzie jest jego miejsce.

      Po tych słowach zerknęła na mnie, ale natychmiast przeniosła uwagę z powrotem na

      Jespera. – Na pewno przy takiej liczbie zajęć nie jest łatwo poznawać nowych ludzi.

      Rany, czy to jakiś żart?

      Jesper napił się wody.

      – Na zajęciach mamy kontakt.

      – To pięknie. – Mama pokiwała głową ze zrozumieniem i ułożyła uszminkowane na

      czerwono usta w lekki uśmiech. – I poznałeś już jakąś miłą młodą kobietę?

      Przewróciłam oczami i zsunęłam się trochę na krześle. Niewiele rzeczy w życiu mnie

      żenowało, ale ta rozmowa tak, zresztą Jespera również.

      Zaśmiał się z zakłopotaniem.

      – Nie, jeszcze nie poznałem.

      – Szkoda – powiedziała mama teatralnym tonem. – Byłaby prawdziwą szczęściarą, mając

      takiego chłopaka jak ty.

      Jesper chrząknął.

      – Dziękuję.

      Mama wyglądała na zadowoloną i pochyliła się nad swoim talerzem. Miałam cichą

      nadzieję, że temat został wyczerpany, ale się przeliczyłam. Kiedy zjadła kęs, podniosła głowę

      i nasze spojrzenia się skrzyżowały.

      – Michaella też jest teraz sama.

      Jesper spojrzał na mnie z uniesioną brwią.

      – Czy to prawda?

      – Tak, niestety – powiedziałam z udawanym żalem. – Jest niesamowicie trudno znaleźć

      mężczyznę o tych samych zainteresowaniach. A może tak się składa, że lubisz klamry na

      piersiach i zabawy w związywanie?

      – Michaella! – Miałam wrażenie, że słyszę, jak zszokowanej mamie przestało bić serce.

      Wpatrywała się we mnie z oburzeniem i szeroko otwartymi oczami, a Jesper głośno się

      roześmiał. Pan Whitley i tata też wydawali się rozbawieni. Natomiast pani Whitley przede

      wszystkim wyglądała na zmieszaną, jakby nie wiedziała, o czym mówiłam.

      – Przepraszam – powiedziała mama. – Moja córka lubi przekraczać granice.

      – Jesper powinien wiedzieć, na czym stoi. – Pogłaskałam jego dłoń na stole

      i uśmiechnęłam się do niego.

      Nie cofnął ręki, a nawet odwzajemnił uśmiech i w tym momencie uświadomiłam sobie

      dwie rzeczy: Jesper nie był głupi i wiedział, jakie są zamiary mojej mamy, a po drugie był tak

      samo zainteresowany mną jak ja nim.

      – Proszę się nie martwić pani Owens. Potraktuję to jako żart.

      Mama się uśmiechnęła.

      – To najlepszy sposób traktowania tego, co robi Michaella.

      – Nie, najlepiej jest od tyłu – mruknęłam, tym razem jednak tak cicho, że tylko Jesper

      mnie usłyszał. Parsknął śmiechem, co moja mama znowu przyjęła z przerażeniem i szeroko

      otwartymi oczami. Rozkoszowałam się tym widokiem.

      Od tego momentu rozmowa przechodziła z tematu na temat, ale przysłuchiwałam się jej

      tylko jednym uchem, bo myślami byłam w świecie Albtraumlady. Tylko od czasu do czasu moje

      rozmyślania przerywały jakieś pytania i uwagi, aż w końcu Rita sprzątnęła talerze i przyniosła

      deser, który wyglądał jak…

      – Czy to Ben & Jerry?

      – Twoje ulubione – powiedział tata.

      Wzięłam łyżkę i kiedy słodkie lody rozpuściły mi się na języku, westchnęłam

      z zadowoleniem.

      Z przyjemnością jadłam dalej, mama i pani Whitley mówiły, że zwykle nie
    jedzą tak

      kalorycznych rzeczy i wreszcie pan Whitley dorwał się do głosu.

      – A jak się wiedzie Adrianowi? Słyszałem, że zrobił sobie roczną przerwę i wyjechał do

      Europy.

      Twarze rodziców zastygły jak lody w naszych miseczkach, ale mama tak szybko się

      opanowała, że Whitleyowie przypuszczalnie nie zauważyli tej chwilowej utraty przytomności.

      Uśmiechnęła się.

      – Tak, teraz jest w Grecji, a niedawno przysłał nam zdjęcia z katakumb w Paryżu.

      Kłamstwa. Kłamstwa. Kłamstwa. Tak gładko przychodziły moim rodzicom, że czasami

      zadawałam sobie pytanie, czy może już sami w nie wierzą. Nie czuliby wtedy wyrzutów

      sumienia i nie musieliby żyć z myślą, że pokazali drzwi własnemu synowi.

      – Ja też kiedyś podróżowałem przez pół roku z plecakiem po Europie – powiedział pan

      Whitley. Odłożył łyżkę na bok, choć w jego miseczce była jeszcze połowa lodów. – To było

      naprawdę wzbogacające doświadczenie.

     


    Prev Next
Online Read Free Novel Copyright 2016 - 2026